Moim zdaniem
Już sam tytuł artykułu Marka Henzlera w tygodniku "Polityka" (nr 10 z 5 marca br.) zrobił wrażenie na każdym pokrzywdzonym byłym funkcjonariuszu "organów bezpieczeństwa państwa", do jakich zaliczyli nas dostojni interpretatorzy ustawy lustracyjnej. "Zabrali sekretarkom", a nie na przykład "oficerom SB"– jak podkreślano zgodnie prawie we wszystkich mediach, oddaje bowiem w dużym stopniu faktyczny skutek wiekopomnej ustawy deesbekizacyjnej, którą posłowie PO dużym wysiłkiem intelektualnym wypichcili na przełomie 2008/2009 r., a parlament PO-PiS-ową większością wprowadził w życie w styczniu 2010 r.
Wysiłkiem intelektualnym tak wielkim, że zapewne do dziś, niektórzy z tych, którzy podnieśli wtedy ręce, nie bardzo wiedzą nad czym naprawdę głosowali. Wynika to z urobku nowelizacji zmieniającej policyjną ustawę emerytalną, przy czym deklarowanym celem było sprawiedliwe zmniejszenie niesłusznie wysokich świadczeń pobieranych przez osoby, które w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiedniej (z dzisiejszej perspektywy !) porze, wstąpili do służby w państwowych organach mundurowych.
Usankcjonowany, choć niejednoznacznie, przez Trybunał Konstytucyjny, bubel prawny poddany był niedawno kolejnej konfrontacji, tym razem przed Sądem Najwyższym. Po merytorycznej analizie prawniczej litery przepisów ustawy z 23 stycznia 2009 r., dokonanej przez pełnomocnika jednej z jej ofiar, prof. Stanisława Pikulskiego, Sąd Apelacyjny w Warszawie poczuł się w obowiązku skierować do wyższej instancji pytanie prawne o interpretację art. 15.1 policyjnej ustawy emerytalnej, stwierdzającego nadal – już po nowelizacji !, że każdemu funkcjonariuszowi należy się 40 % podstawy wymiaru emerytury po 15 latach służby.
Przepis ten jest w istocie logicznie sprzeczny z nowym, wprowadzonym przez ustawę deesbekizacyjną art. 15b, który nakazuje przeliczać każdy rok służby w "organach bezpieczeństwa państwa" wskaźnikiem 0,7%. Podstawiony pod ścianą Sąd Najwyższy 3 marca br. (na stronie internetowej Sądu Najwyższego RP dostępne jest już od kwietnia ponad dwudziestostronicowe uzasadnienie tej uchwały, oparte w dużym stopniu na argumentacji posła sprawozdawcy w postępowaniu nad ustawą deesbekizacyjną Andrzeja Rzeplińskiego) nie miał innego wyjścia, jak odwołać się do ducha ustawy zawartego w jej poetyckiej preambule, boć przecie ustawę uchwalono "kierując się zasadą sprawiedliwości społecznej, wykluczającą tolerowanie i nagradzanie bezprawia". Takim nagradzaniem byłoby – w rozumieniu ustawodawcy – na co zwracam uwagę niektórym naszym kolegom, rozgrzeszenie "ubeków" nawet i za 15 lat ich karygodnej działalności...
Sąd Najwyższy uchwalił więc – nie mając innego wyjścia – skoro Trybunał Konstytucyjny uznał niedopracowaną ustawę za zgodną z ustawą zasadniczą, a machina rozliczeń się rozkręciła – że wszystko jest w porządku, dodając tylko, że "wysokość emerytury wyliczonej wyłącznie za okresy pełnienia takiej służby może być niższa od 40 % podstawy wymiaru tego świadczenia".
Kwestii wywołujących rozdrażnienie jest oczywiście więcej. Jeszcze niedawno ubolewałem w którymś z artykułów nad niesprawiedliwością, która dotknęła członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, a wśród nich Bogu ducha winnego pierwszego polskiego kosmonautę gen. Mirosława Hermaszewskiego. Trybunał Konstytucyjny uznał, że WRON-ie trzeba wyrwać pióra w postaci obniżenia wskaźnika naliczania świadczeń do 0,7 % nie od 1945, jak chciał ustawodawca, lecz dopiero od grudnia 1981 r., w którym Wojskowa Rada się ujawniła. Z tym, że większość członków najwyższego w Polsce autorytetu prawniczego nie domknęła okresu obowiązywania tej materialnej sankcji, nie określając daty jej obowiązywania i pewnie nawet tego nie zauważyła. W przypadku gen. Hermaszewskiego, który odszedł na emeryturę po wielu latach służby na wysokich stanowiskach w Siłach Powietrznych III RP oznaczało to, ni mniej ni więcej, że straci pieniądze także za okres służby w "nowym" i słusznym ideowo, już nie "ludowym", Wojsku Polskim !.
Jakież było więc moje zdumienie, gdy z "Polityki" nr 11 z datą 12 marca 2011 r. dowiedziałem się, że nasz kosmonauta nie utracił nawet złotówki, podobnie jak nie zabrano jej inicjatorom stanu wojennego z gen. Wojciechem Jaruzelskim". - Ale emeryturę panu odebrano jak wszystkim członkom WRON ? – zapytał w wywiadzie Cezary Łazarewicz, na co generał Hermaszewski odpowiedział z dezynwolturą: "Próbowano, ale NAWET TEGO NIE POTRAFILI ZROBIĆ (podkr. – MT). Nie ma żadnego dokumentu powołującego WRON. IPN ma z tym poważny problem".
A my mamy problem z samym istnieniem takiego IPN – u...
Marcel Tabor