Sąd Najwyższy o dezubekizacji
Pamiętna, marcowa uchwała Sądu Najwyższego w sprawie pytania prawnego warszawskiego Sądu Apelacyjnego, czy funkcjonariuszom bezpieczeństwa państwa przysługuje prawo do 40 proc. podstawy wymiaru emerytury za 15 lat służby?, a zwłaszcza ideowo-polityczne uzasadnienie negatywnej odpowiedzi, wyraźnie różni się od wcześniejszych dokumentów tegoż Sądu w sprawie projektu poselskiego (PO) ustawy dezubekizacyjnej. Wprawdzie ówczesne opinie i uwagi sporządzało Biuro Studiów i Analiz Sądu Najwyższego RP, a nie sam sąd, ale przesyłano je do Sejmu z pismem przewodnim pierwszego prezesa SN, wówczas prof. Lecha Gardockiego. W piśmie przewodnim w sprawie projektu ustawy o zmianie Konstytucji pierwszy prezes SN podkreśla nawet: "przesyłam uwagi Sądu Najwyższego", co świadczy, że opinie Biura Studiów i Analiz miały sędziowskie imprimatur. Przypomnijmy:
29 października 2008 r. Sąd Najwyższy przyjął uwagi do projektu ustawy dezubekizacyjnej przygotowanego przez posłów PO. Zarzucił mu: przekroczenie ustrojowego zakresu uprawnień przez władzę ustawodawczą, uznając, że w tej sprawie to ona, zamiast władzy sądowniczej, wymierza "przedmiotowej grupie osób określony rodzaj kary (zmniejszenie emerytury)", naruszenie reguł poprawnej legislacji, a także zasady państwa prawnego, rozumianej jako konieczność zachowania jasności i przejrzystości procedur stanowienia i tworzenia prawa oraz zasad ustalania jego treści.
Autorzy uwag zwracali też uwagę na naruszenie konstytucyjnej zasady ochrony emerytalnych praw nabytych i podkreślali, że wprowadzenie przelicznika 0,7 proc. dla funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa państwa, czyli takiego, jak za okresy nieskładkowe, "prowadzi do swoistej fikcji prawnej, polegającej na zanegowaniu bezspornego faktu pełnienia służby oraz jego znaczenia".
W dokumencie znalazło się zdanie oceniające istotne również w związku z reformą emerytalną przeprowadzaną dziś w wojsku i służbach mundurowych (mimo licznych głosów poparcia dla włączenia mundurowych do systemu emerytalnego opartego na Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, ma pozostać jednak odrębny (tzw. zaopatrzeniowy) system emerytalny opłacany z budżetu państwa). "Odrębny system emerytalny służb mundurowych – stwierdzono – nie kształtuje emerytalnych przywilejów, tak jak powszechnie twierdzi się w środkach masowego przekazu, ale uwzględnia szczególne ryzyko zawodowe".
Najważniejsze jednak jest to, że Sąd Najwyższy w swoich uwagach wyraził zdecydowane przekonanie, iż "system emerytalny i kształtowane w jego ramach uprawnienia emerytalne nie mogą być instrumentem prowadzenia polityki represyjnej przez państwo. Oznacza to, że służba w określonym organie bezpieczeństwa państwa nie może być uznana za samodzielne i wyłączne kryterium różnicujące wysokość emerytalnych uprawnień". Sąd Najwyższy nie pozostawiał wówczas żadnych wątpliwości, stwierdzając, że: "Tym bardziej nie może być (służba-MT) formą kary, a zarazem swoistą formą odpowiedzialności zbiorowej".
Niestety, zarówno ustawodawca, czyli sejmowy PO-PiS, jak i rozumowanie większości członków Trybunału Konstytucyjnego poszły w innym kierunku, a Sąd Najwyższy uzasadnieniem uchwały z 3 marca 2011 r. przebił wymienione instytucje pod względem kazuistyki... politycznej.
Drugim dokumentem przygotowanym na potrzeby Sejmu przez Biuro Studiów i Analiz Sądu Najwyższego, a dotyczącym kwestii dezubekizacji, jest datowana na 21 stycznia 2009 r. opinia do poselskiego (PiS) projektu ustawy o zmianie Konstytucji RP.
"Rozważenia wymagałoby, czy do Konstytucji powinny być wprowadzane po prawie dwudziestu latach od zmiany ustrojowej postanowienia dotyczące rozliczeń z komunistyczną przeszłością" – uznał SN w kontekście postulowanych w projekcie zmian ograniczeń w dostępie do służby publicznej osób związanych z "systemem władzy komunistycznej", w tym z aparatu przymusu państwowego.
Zdając sobie sprawę ze słabości prawnego umocowania opracowywanego równolegle przez posłów PO projektu ustawy dezubekizacyjnej, posłowie PiS pospieszyli im z odsieczą, proponując zapis konstytucyjny (!), że osoby pracujące w strukturach dawnego aparatu przymusu państwowego "nie mogą czerpać z tego tytułu szczególnych korzyści w zakresie ubezpieczenia społecznego".
Sąd Najwyższy uznał jednoznacznie, że PiS-owski projekt zmian Konstytucji "nie ma szans na wejście w życie, nawet po ewentualnym przyjęciu go przez Sejm, ze względu na rażące naruszenie kilku gwarancji konstytucyjnych, co niewątpliwie zostałoby wychwycone przez Trybunał Konstytucyjny".
Jak wykazał rozwój wydarzeń wokół projektu ustawy dezubekizacyjnej, wiara autorów opinii w bezkompromisowość prawną (!) sędziów Trybunału okazała się (w przypadku większości sędziów tego gremium) przedwczesna i nieuzasadniona. Wybiegając w przód, warto zwrócić uwagę na gorzkie słowa wypowiedziane w wywiadzie dla red. Ewy Siedleckiej z "Gazety Wyborczej" ( "GW" z 6 lipca br.) przez ówczesną sędzię Trybunału Konstytucyjnego prof. Ewę Łętowską, która złożyła w sprawie ustawy dezubekizacyjnej votum separatum. "Trybunał musi mieć zasady, reguły. Musi być przewidywalny. Jeśli waży wartości, to w podobnych sprawach musi je ważyć podobnie. W tej sprawie tak nie było. Zastosowano nowe rozumienie zasady proporcjonalności i równego traktowania równych, a różnego – różnych".
Warto jednak odnotować na koniec takie twierdzenie Sądu Najwyższego ze stycznia 2009 r.: "Uprawnienia emerytalne nie są szczególnymi korzyściami (nagrodą) (...) nawet w odniesieniu do służb mundurowych. Jest to uprawnienie z tytułu pełnienia tej służby w organach państwa. Emerytura należy się za udział (pełnienie służby), a nie za sposób jej pełnienia. Jeśliby sposób doprowadzał do popełnienia przestępstwa, to możliwe jest odebranie prawa do emerytury mundurowej, czego nie przewiduje system powszechny. System emerytalny służb mundurowych jest zatem nieco surowszy niż system powszechny, w którym emerytury nie można zostać pozbawionym".
Emerytura wypłacana z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (cywilna) jest więc w szczególny sposób chroniona i nikt – jak dotychczas – nie ośmiela się odbierać, czy też ograniczać nabytych już uprawnień z tytułu zatrudnienia w innych niż mundurowe instytucjach państwa, działających w ramach tej samej Konstytucji.
Marcel Tabor
Moim zdaniem
Dziś, gdy mamy drugie już pytanie warszawskiego Sądu Apelacyjnego do Sądu Najwyższego, czy reprezentujący dyrektora Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA w postępowaniu przed warszawskim Sądem Okręgowym urzędnik musi mieć uprawnienia radcy prawnego? (ZER odpowiada na to zainteresowanym, że dysponuje tylko 7 radcami, a więc nie jest możliwe, żeby "obskoczyć" wszystkie sprawy), warto przypomnieć uzasadnienie SN do marcowej uchwały Sądu Najwyższego na poprzednie pytanie SA. Czynię to z jeszcze jednego powodu: nie każdy, nawet zainteresowany, przebrnie przez ponad 20 stron tego uzasadnienia, należy więc wychwycić jego istotę, a ta stawia sędziów najwyższego organu polskiego sądownictwa powszechnego w bardzo ciekawym świetle. Faktycznie – politycznym.
"Państwo totalitarne", "organy bezpieczeństwa państwa o naturze totalitarno-komunistycznej", "ściśle określone (niby w ustawie lustracyjnej, do której odwołuje się ustawa dezubekizacyjna – MT) struktury aparatu przemocy politycznej". Oto epitety, których nie pożałował Sąd Najwyższy RP (Izba Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych) w kwietniowym uzasadnieniu uchwały z 3 marca 2011 r. uznającej, że byłym funkcjonariuszom napiętnowanym przez ustawę "lustracyjno-dezubekizacyjną" (to pojęcie wprowadzone przez SN do "obrotu prawnego") nie przysługuje naliczanie 40 proc. podstawy wymiaru emerytury za pierwsze 15 lat służby.
Wysoki Sąd uznał, w opozycji do pełnomocnika jednej z osób pokrzywdzonych i wielu innych prawników interpretujących przepisy ustawy z 23 stycznia 2009 r., a także niżej podpisanego, że jej "przepisy są jednoznacznie czytelne, a przeto jasne i niewymagające szczególnie pogłębionej analizy prawnej ani prawniczej".
Wychodząc z takiego założenia, sędzia sprawozdawca Zbigniew Myszka mógł skupić się na całkowicie politycznym aspekcie sprawy. Stąd też Wysoki Sąd w składzie: SSN Małgorzata Wrębiakowska-Marzec (przewodnicząca), SSN Zbigniew Myszka i SSA Krzysztof Staryk mogli wyrazić zdumienie, że porównuje się (pełnomocnik skarżącej się osoby, prof. Stanisław Pikulski) funkcjonariuszy policji polskiej po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. do sytuacji prawnej przeciwników tych wartości (reprezentowały je "demokratyczne formacje niepodległościowo-wolnościowe"), "którzy (...) stosowali lub uczestniczyli w systemie stosowania represji, opresji lub innych środków przemocy politycznej wobec osób lub organizacji działających na rzecz niepodległości, wolności oraz odzyskania przyrodzonych praw człowieka, swobód narodowych, demokratycznych i obywatelskich".
Włos jeży się na głowie, gdy czyta się uzasadnienie pisane językiem inkwizycji, nieustępujące w niczym tyradom najwyższej próby wygłaszanym i wypisywanym przez historyków Instytutu Pamięci Narodowej, lub wygłaszanym przez najbardziej gorliwych harcowników PiS. Zdaniem Sądu Najwyższego obcinanie emerytur funkcjonariuszy "ściśle określonych organów bezpieczeństwa PRL" (np. służby polityczno-wychowawczej ? – MT) to tylko dostosowanie wysokości ich świadczeń emerytalnych "zgodnie z konstytucyjnymi zasadami sprawiedliwości społecznej oraz elementarnej (zwykłej) przyzwoitości" do poziomu świadczeń nabywanych z powszechnego systemu emerytalnego. Chodzi jedynie o to, by ludzie ci nie mieli możliwości dalszego korzystania "z przywilejów niesłusznie, niegodnie lub niegodziwie uzyskanych".
Nie może być inaczej, skoro Sąd Najwyższy jest święcie przekonany, że osoby pełniące służbę w organach bezpieczeństwa państwa totalitarno-komunistycznego (zapewne wszystkie, choć winy im przecież nie udowodniono w normalnych procesach karnych) "stosowały bezprawne, niegodne lub niegodziwe akty lub metody przemocy politycznej wobec innych obywateli".
Wysoki Sąd podparł się także tezą sformułowaną w lutym ubiegłego roku przez sędziego sprawozdawcę w postępowaniu w sprawie ustawy "lustracyjno-dezubekizacyjnej" w Trybunale Konstytucyjnym, dziś już jego prezesa, prof. Andrzeja Rzeplińskiego, że demokratyczne państwo prawne "nie ma obowiązku ani prawa do utrzymywania przywilejów z tytułu bezprawnego zniewalania przyrodzonych praw i swobód obywatelskich przez służby bezpieczeństwa totalitarnego bezprawia państwowego".
W pisarskim ferworze sędzia sprawozdawca Zbigniew Myszka pozwolił sobie zdefiniować, że organa bezpieczeństwa państwa PRL "w istocie rzeczy były strukturami niebezpieczeństwa państwa totalitarnego", więc tego samego państwa, w którym w pamiętnym okresie apogeum stanu wojennego, w 1982 r., obronił doktorat na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
W tak zagęszczonej atmosferze było do przewidzenia, że w konkluzji "Sąd Najwyższy jednoznacznie krytycznie ocenia i dyskwalifikuje powoływanie się na jakiekolwiek argumenty zmierzające do utrzymania przywilejów nabytych z tytułu lub w związku z uczestnictwem w systemie zniewolenia i stosowania represji politycznych przez służby niebezpieczeństwa państwa komunistyczno-totalitarnego".
Oto kwintesencja wykładni prawnej. Najpierw funkcjonariuszy okradziono, później jeszcze upokorzono. Sąd Najwyższy napiętnował kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Bez procesów uznał ich za przestępców. Temidzie nie trzeba zawiązywać oczu. Z natury jest ślepa ?
Marcel Tabor