Przed Sądem Najwyższym
Wkrótce po wyborach parlamentarnych, 13 października 2011 r. w Wydziale II Izby Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego odbędzie się rozprawa (sygn. akt II UZP 6/11) z wniosku Piotra K. przeciwko dyrektorowi Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA o emeryturę policyjną. O randze, jaką tym razem przywiązuje SN do tej sprawy świadczy fakt, ze rozpatrywać ją będzie poszerzony, siedmioosobowy skład orzekający pod przewodnictwem prezesa SN Waleriana Sanetry, a sprawozdawcami będą dwie sędzie.
Na tej rozprawie spodziewać się więc można innego, niż zaprezentowane 3 marca br. (uchwała podkreślająca, że byłym esbekom nie należy się 40 proc. podstawy wymiaru świadczenia za 15 lat służby), podejścia do problemu i zapewne nie tak jednoznacznego politycznie uzasadnienia. Być może Wysoki Sąd zechce porzucić stosowaną dzisiaj zasadę niewychodzenia poza treść przepisu (np. służba w Akademii Spraw Wewnętrznych oznacza utratę części emerytury, bo uczelnię zaliczono w ustawie lustracyjnej do organów bezpieczeństwa państwa, a służba w kształcącej kadry SB Wyższej Szkole Oficerskiej MSW w Legionowie już nie, bo szkoły tej w stosownym wykazie nie wymieniono - tym aspektem kierowali się sędziowie warszawskiego Sądu Okręgowego).
A przecież – przynajmniej dawniej – Sąd Najwyższy nie ubezwłasnowolnił wymiaru sprawiedliwości i nie sprowadzał działania sędziów do gorliwego stosowania litery prawa. SN – jak twierdzi np. dr hab. Andrzej Szlęzak – wielokrotnie podkreślał, ze wykładnia funkcjonalna (tj. odwołująca się do celu przepisów, przesłanek aksjologicznych i prakseologicznych) może wziąć górę nad wykładnią językową.
Dla przykładu – w uchwale z 25 kwietnia 2003r. (III CZP 8/03) Sąd Najwyższy stwierdzał, że "wolno odstąpić od sensu językowego wykładni, mimo że przepis jest jasny i oczywisty, gdy prowadzi to do rażąco niesprawiedliwych lub irracjonalnych konsekwencji, gdy przemawiają za tym szczególnie ważne racje prawne, społeczne, ekonomiczne lub moralne". I nie jest to jedyna wypowiedź tego typu. Dla piszącego te słowa nie ulega wątpliwości, że racje społeczno-ekonomiczne Sądy: Okręgowy i Apelacyjny w Warszawie mogłyby zastosować choćby w przypadku sekretarek i maszynistek zatrudnionych niegdyś w "organach bezpieczeństwa państwa& PRL i pozbawionych znaczącej części emerytur w rezultacie bezrefleksyjnego odczytania i zastosowania litery ustawy dezubekizacyjnej.
Złą interpretację prawa poprzedza fatalny proces legislacyjny, czego jaskrawym przykładem jest właśnie ustawa z 23 stycznia 2009 r., zwana dezubekizacyjną.
Warto więc zwrócić uwagę tym z grupy 56 posłów PO, którzy podpisali projekt tej ustawy i 24 września 2008 r. skierowali go do marszałka Komorowskiego (m.in. prominentni dziś działacze partyjni: Jerzy Fedorowicz, Jarosław Gowin, Grzegorz Karpiński, Małgorzata Kidawa-Błońska, Iwona Śledzińska-Katarasińska, prezydent Łodzi Hanna Zdanowska), że – jak sądzi socjolog, prof. Ireneusz Krzemiński – "Demokracja uczy, że nawet wtedy, kiedy mamy rację, to pamiętajmy, iż być może jakąś cząstkę prawdy, której nie dostrzegamy, mogą mieć inni". W sytuację "innych" nie wczuli się jednak również i senatorowie, którzy pod przewodem Jana Rulewskiego (PO) i wicemarszałka Zbigniewa Romaszewskiego (PiS) dodali do projektu ustawy PO-PiS-ową preambułę ideowo-polityczną. Nawiasem mówiąc, ówczesny marszałek Sejmu, a dziś prezydent RP Bronisław Komorowski, nie głosował za tym głęboko niesprawiedliwym i prawnie wadliwym aktem normatywnym…
W pamiętnym roku 2008 inaczej też, niż dwa lata później, widział problem legislacyjny ówczesny działacz Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, a dziś prezes Trybunału Konstytucyjnego, prof. Andrzej Rzepliński, który z całą powagą twierdził : "Gdy chodzi o funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, to jedynym sposobem pozbawienia ich przywilejów, niewymagającym indywidualnych procesów sądowych, byłoby uznanie np. UB za organizację przestępczą, i to koniecznie w drodze ustawy, a nie tylko uchwały".
Poszerzony, poważny skład orzekający w październikowej sprawie o emeryturę policyjną tak poprawił mi nastrój, że długo trwało, zanim spostrzegłem niewielką informację: Bodaj we wrześniu 2011 r. Sąd Najwyższy podtrzymał uniewinnienie działaczy Narodowego Odrodzenia Polski od zarzutu nawoływania do nienawiści rasowej. Sąd uznał bowiem, że hasła typu: "Nasza święta rzecz: czarni z Polski precz", to tylko delikatne wezwanie do… zachowania "cech własnego narodu, jego niepowtarzalnego piękna".
No cóż, Józef Piłsudski mawiał kiedyś zupełnie szczerze: "Cieszę się, że nie jestem Polakiem".
Marcel Tabor
(były funkcjonariusz "służb niebezpieczeństwa państwa komunistyczno-totalitarnego" lub też "służb bezpieczeństwa totalitarnego bezprawia państwowego" – obydwa zgrabne, prawnicze określenia pochodzą z uzasadnienia uchwały Sądu Najwyższego z 3 marca 2011 r.)